Łysica nocą, dziki i burza

Przegladajac ostatnio internet znalazłem relacje opisujaca wspolny spontaniczny pobyt na Łysicy w dniu 7.7.2009

"Dzien 6 lipca, piekna słoneczna pogoda, Iza wraca z Auschwitz po zwiedzeniu obozu, zadowolona jednak, że stopa znów udało się złapać i kolejny raz spokojnie wysiada pod domem.
...
Chlopiec jeden z Kielc, me miasto, więc rozmowa miła, a moze by tak gdzieś, kiedyś, bo mało ludzi na stopa, bo żle samemu, bo bla bla.
A moze teraz?
Godzina 20.30 Iza więc postanawia, że oto teraz, że za godzinę w Św. Katarzynie. Pogoda ładna, plecak jeszcze nie rozpakowany, namiot dopakować i rusza.

Bus oczywiscie uciekł, ale od czego człowiek ma kciuka. Łapie wiec Iza miłego pana, co to podwozi pod samiutki przystanek i bus juz do Św, Kasi jedzie.
Ale że będzie burza nie podejrzewa.

I jest i Św. Kasia. Ulicą płynie rzeka, z nieba chmury się urywają, Iza sama, na przystanku stoi. Zdejmuje więc buty (bo po co mają byc mokre, pelerynę przyodziewa i rusza przed siebie. Sklep, wasnie sie zamyka, dostaje szybą z okna w czolo, ale pani miła, to dwa piwka sprzedaje. I dalej leje się z nieba, co tu począć, dookoła dziwni panowie. Ale miły burżujski hotel stoi, Baba - Jaga jego imię, a przed nim śliczna altanka aż sie prosi żeby usiąść. Brama otwarta, czemużby nie. Siada więc Iza, boso, pelerynę sciąga, wyjmuje przewodnik, bo trasy po Europie czas nastał szykować i czyta. I czeka na chłopca P. który spóźnia się od pół godziny.
....
Podjeżdża więc chłopiec poznany godzinę temu i ruszają przed się. Ale gdzie tu ruszać, z nieba sie sączy, droga mokra, błoto po pas i namiot czeka.
Papier, kamień, nożyce wiec, Iza wygrywa i zdobywamy Łysicę.
Droga czarna, ciemna, śliska, błociata. Ale idzie się wspaniale, prawie nie błądząc, trampy w błocie po kolana, ale Łysica wspaniała, 612 metrów z gimnazjum Iza pamięta, tylko, że gołoborza przed nami zamiast krzyża i gdzie droga. Ale wspięli się na gołoborza, pogoda piękna, gwiazdy prawie widać no i światełka oczywiście moje ukochane. Zejsci już gorsze, niniejszym droga się znalazła gdzie być powinna, krzyż widać, także góra zdobyta. ale gdzie by tu spać, bo ciemno, czarno, mokro i kamienie. To polanka mała sie znalazła, namiot czas rozłożyć. Zeby kolorowo jednak nie było, namiot nowiuśki, piekny kupiony, latarek brak i jak go rozłożyć. Po pół godziny męczenie sie z rurkami, płachtami, zamkami, śledziami i innymi tam namiot stoi i przwie się nie przewraca. Noc mija spokojnie, rozmownie, potem spać Iza nie może, bo pan P chrapać lubi. W nocy budzi sie Iza i słyszy biegające dookoła dziki. Chrumią i chrumią niczym dzikie świaniaki ale uciekaja gdzieś więc śpi dalej. Budzi wspaniały ciepły poranek, skłądanie namiotu zajmuje zaledwie 5 min, jedzenia brak, szczoteczki do zebów również, ale zycie jest piekne. Zdjeć kilka, droga w dół, niespodziewana kąpiel w vbłotku. Na dole czeka dziwny pan pytający czy bilety kupione. Także my to nie dzisiejsi, my ze Świetego Krzyza wracamy i tam płacone było. Droga więc przez Kasię nadal, piekna, słoneczna. Stopa ciezko złapać, w koncu pan się lituje, zabiera, rozjeżdzamy się. Iza z panem do Kielców jedzie, o Kanadzie rozmawia i o Paryzu ukochanym. Potem busa łapie i pisze tu oto posta.